NIE dla komercjalizacji uczelni!

Sierpień 10, 2009

Michał Maciorowski i jego logika, albo falszowanie obrazu edukacji

Filed under: Materiały i teksty — Talib feminista @ 11:02 pm

Lektur ciąg dalszy! Uczcie się i pracujcie. Liczymy na to, że w październiku spotkamy się wszyscy i podzielimy się wszystkimi przemyśleniami.  Poniżej zatem najnowszy tekst w rekacji na tzw. dyskusję w Gazecie Wyborczej.

Pomyslalem, ze skoro jestem aktywista lokalnym, staram sie cos zmienic w miescie, zerkne do loklanego dodatku Wyborczej. Niestety dotrwalem tylko do drugiej strony. Na niej inz. Maciorowski (choc moze nazywam go tak na wyrost, wiemy tylko, ze „zdawal” na studia mechaniczne w latach 80. nie wiemy jak dalej potoczyly sie jego losy oprocz tego, ze teraz pisze w Wyborczej) narzeka na polski system edukacji. Ja tez narzekam wiec postanowilem przeczytac.

Jaki wedlug Maciorowskiego jest problem? Na tzw. kierunkach scislych wiecej jest miejsc niz chetnych, co jest symptomem zlej kondycji calego systemu. Jaka jest najglebsza przyczyna tego problemu? Ze jest za duzo miejsc na kierunkach humanistycznych (sic!). Tutaj nastepuje dosc nieskladny wywod o tym, ze na studia przyjmuja wszystkich jak leci, wiec wiekszosc idzie tam gdzie najprosciej dostac tytul. Wszystko to staje sie argumentrm za nawolywaniem do elitaryzacji studiow, jakby moglo to miec jakikolwiek wplyw na cudowne zwiekszenie liczby inzynierow (zmniejszenie naboru na studia w ogole ma zwiekszyc liczbe inzynierow – niemozliwe). Na jedno miejsce na BEZPLATNYCH kierunkach humanistycznych juz i tak jest niekiedy po kilkudziesieciu chetnych, ale o tym dziwnym trafem autor nie wspomina, nie wiem po co jeszcze zmniejszac na nie nabory i jak to sie ma do liczby inzynierow. Jest zdecydowanie za malo miejsc na kierunkach humanistycznych, a za duzo na inzynierskich.

Jawny brak logiki w wywodach Maciorowskiego maskuje tylko rzeczywiste problemy systemu edukacji i fakt, ze jego jedynym postulatem jest elitaryzacja edukacji. Tak oto wpisuje sie w chor, ktorym meczaco brzeczy cala klasa sredniej – za duzo magistow, za duzo magistow, za duzo magistrow… Oczywiscie, ze tym ktorzy wsiedli w zloty autobus odjezdzajacy na poczatku lat 90. nie podoba sie umasowienie tytulu, ktorego uzywali aby uzasadnic jakos przed samymi soba i innymi swoj zyciowy sukces. Musza wciaz powtarzac, ze ich tytuly byly lepsze niz te produkowane obecnie, bo w przeciwnym razie wydaloby sie, ze po prostu trafili w historyczny moment i skorzystali z krotkiego okresu ruchliwosci spolecznej.

Histeryczny nacisk na zwiekszenie liczby inzynierow moze miec oczywiscie tylko jeden skutek – obnizenie ich plac. Wielu ludzi w Polsce chcialoby zobaczyc jak informatycy ustawiaja sie w kolejce do posredniaka i chetnie przyjmuja kazda oferte pracy, nawet za pensje minimalna, bo na rynku jest duza konkurencja. Gdy specjalistow jest malo to oni dyktuja warunki pracodawcom. Oczywiscie uczelnie tez maja interes w tym by zwiekszyc liczbe studentow na kierunkach politechnicznych – po prostu na tym zarabiaja. Rektorzy politechnik z zawiscia patrza na wydzialy nauk spolecznych, ktore z pieniedzy ze studiow zaocznych moglyby utrzymac cale uczelnie.

Inna sprawa jest z platnymi studiami humanistycznymi, ktore wchlaniaja faktycznie cala nadwyzke studentow, ktorych nie moga pomiescic kierunki bezplatne. Malo jednak prawdopodobne by jakikolwiek potencjalny kandydat na studia dzienne Politechnice Wroclawskiej ostatecznie wybral platne studia pedagogiczne w Koninie. Nie mamy zatem do czynienia z drenazem potencjalnych „scislowcow” na studia humanistyczne drugiego sortu. Rzeczywistym wyborem przed jakim staje uzdolniony maturzysta, ktorego rodzine stac na sfinansowanie jego pobytu w akademickim miescie jest czy wybrac oblegane studia humanistyczne (oblegane sa rowniez instytuty informatyki, ale dziwnym trafem nie te, ktore dostaly najwieksze pieniadze w ramach, tzw. kierunkow zamawianych) czy swiecace pustkami instytuty chemii badz fizyki. Dopiero jesli kogos nie stac na studia w wielkim miescie, lub tez nie dostal sie na oblegany kierunek, a nie chce byc chemikiem, badz fuizykiem wybiera pedagogike w Koninie.

Czemu nie ma platnej chemii w Koninie? Bo jest za droga i nie oplaca sie jej prowadzic za prywatne pieniadze. Dlatego przemysl chemiczny naciska na to, zeby gonic za panstwowe pieniadze na dzienna chemie uniwersytecka lub politechniczna jak najwiecej maturzystow, aby dysponowac tania sila robocza. To, ze przemysl taki nie daje zadnej gwarancji zatrudnienia wszystkich chemikow to inna sprawa. Zasilki dla nich i spoleczne koszty frustracji zwiazane z praca nieodpowiadajaca ich kwalifikacjom to tez problem panstwa.

Witold Kieńć

bezrobotny socjolog

Wielki edukacyjny szwindel

Filed under: Materiały i teksty — Talib feminista @ 1:04 pm

Tekst „Wielki edukacyjny szwindel” jest kolejną wakacyjną propozycją lektury ze strony naszego kolektywu.

Zła uczelnia – dobry biznes

Okazało się ostatnio, że największa polska uczelnia prywatna – Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna z Łodzi była zwyczajną ściemą. Niski poziom, brak kadr, nieodbywające się zajęcia, lipne dyplomy oficjalnie ważne tylko dla tego, że administracja uczelni wypracowała sobie cały zestaw strategii oszukiwania komisji akredytacyjnych i omijania przepisów regulujących warunki nauczania. A jednak jakby nie patrzeć – AHE była znakomitym biznesem. Ilość studentów rosła z roku na rok, cały czas otwierano nowe kierunki i nowe zamiejscowe filie, uczelnia miała dobrą markę, dobre miejsca w rankingach uczelni prywatnych a nawet tytuł szkoły zaufania. Interes się kręcił. Jak to się mogło stać? Ponoć „naturalne” mechanizmy rynkowe zawsze promują wysoką jakość i wydajność automatycznie usuwając wszelkie nadużycia. Ponoć to, co prywatne zawsze jest lepsze od publicznego, bardziej racjonalne i efektywne. Łatwo jest oczywiście całą sprawę utopić w moralizatorstwie i stwierdzić po prostu, że mieliśmy tu do czynienia ze zwyczajnym oszustwem. Przypadkiem szczególnym, patologicznym, po którym nie można sądzić o całym systemie. A jednak – wydaje mi się, ze to właśnie AHE ujawnia całą prawdę o prywatnym szkolnictwie wyższym w Polsce. Że, wręcz przeciwnie – nie jest to przypadek szczególny, patologiczny, ale normalny obraz tego, do czego prowadzi oddanie procesu kształcenia w ręce zorientowanych na maksymalizację zysku przedsiębiorców.

Edukacja trzeciej kategorii

Nie jest prawdą, ze rynek zawsze promuje dobrą jakość towarów – dobra jakość na rynku zarezerwowana jest dla tych, którzy mają pieniądze by sobie na nią pozwolić – pozostali skazani są na produkty dla ubogich – produkty trzeciego sortu. Z edukacją jest podobnie, tyle że tu jeszcze dodatkowo dla najbardziej uprzywilejowanych jest edukacja państwowa, podczas gdy tym, którzy nie zdołali się dostać na darmowe studia pozostaje płatna edukacja prywatna. Kształcenie w takich szkołach jak AHE przypomina kupowanie w Biedronce – przeznaczone jest dla tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na nic lepszego a skierowana do nich oferta ma oddawać ich beznadziejną sytuacje. Pod pozorami studiowania na poważnej uczelni ściąga się od nich czesne w zamian za to świadcząc im nędzny substytutu nauczania. Poziom szkół takich jak AHE – bo na pewno nie jest jedyny taki przypadek w kraju – reprezentuje położenie klasowe tych, którzy muszą do nich uczęszczać, żeby zdobyć jakiekolwiek wykształcenie. Mechanizm rynkowy zamiast jak głoszą jego zwolennicy dostarczać jak najlepsze usługi jak największej liczbie ludzi dokonuje segregacji konsumentów ze względu na to, na co ich stać. Ci, którzy są na dole drabiny klasowej jeżeli chcą się kształcić skazani są na przeznaczone dla nich uczelnie, będące jawną kpiną z samej idei edukacji. W zamian za swoje pieniądze mogą uzyskać tylko kiepski poziom, niekompetentnych wykładowców, odwołane zajęcia, słabo wyposażone biblioteki etc. I jednocześnie wmawia się im, ze rzeczywiście studiują, że otrzymują to samo co ci, którym powodzi się lepiej.

Minimalizacja kosztów

Nie jest to skutek wymierzonego w nich spisku, lecz racjonalnej, w ramach obecnego systemu, strategii edukacyjnych przedsiębiorców, którzy dążąc do maksymalizacji własnych zysków starają się redukować koszty swojej działalności. Jeżeli zaś w przypadku edukacji najbardziej kosztowny jest sam proces kształcenia to najlepszy interes można zrobić eliminując go i zajmując się wyłącznie wydawaniem dyplomów bez pokrycia. Biorąc pod uwagę jak duże są potrzeby edukacyjne naszego społeczeństwa (lub jak duża jest w społeczeństwie wola zdobycia dyplomu akademickiego, niezależnie od tego, co za nim stoi) zawsze można liczyć, że znajdzie się ktoś, kto nie może sobie pozwolić na nic lepszego. Same państwowe regulacje – mające gwarantować pewien minimalny poziom nauczania – pogłębiają jedynie efekt wykluczenia. Eliminując edukacje najniższej jakości, przeznaczoną dla najniższych warstw społecznych, tak na prawdę nie dają im nic w zamian, pozbawiając ludzi dostępu do jakiegokolwiek wykształcenia w ogóle. Istnienie bowiem edukacji niskiego sortu jest właśnie typowo rynkowym rozwiązaniem problemu, który w lepszych warunkach powinno rozwiązać państwo. Jeżeli bowiem społeczeństwo chce się kształcić a publiczny system edukacji nie odpowiada na to zapotrzebowanie, to pojawiają się ci, którzy zaoferują edukacje w wersji przystępnej acz wybrakowanej. Jako bubel, podróbę, substytut, pozbawiony autentycznej wartości lecz odwołujący się do autentycznych aspiracji. Taka jest mniej więcej geneza tego wielkiego edukacyjnego szwindlu, którym jest Akademia Humanistyczno-Ekonomiczna a właściwie większa część polskiej edukacji prywatnej, która miała być rzekomo źródłem cudu edukacyjnego w kraju. To, że tym razem doszło do złamania jakichś przepisów nie ma tak naprawdę większego znaczenia. Nawet jeśli zamknie się AHE to mechanizm, który ją stworzył będzie dalej działał reprodukując system kształcenia wyższego, który jest wielkim oszustwem sam w sobie.

Oszukani

Co się teraz stanie z tysiącami studentów AHE, po tym, jak zdobyte przez nich wykształcenie okazało się wielkim przekrętem? Z tymi wszystkimi którzy włożyli kupę czasu i pieniędzy w to, aby uzyskać coś, co okazało się zupełnie bezwartościowe. Maja oni prawo czuć się oszukani. Pytanie przez kogo? Przez uczelnie, która zaoferowała im tylko tyle na ile było ich stać na wolnym rynku? Przez Gazetę Wyborczą która ujawniła to co oni sami zapewne dobrze wiedzieli od dawna – że nauczanie na AHE nie spełnia żadnych standardów – lecz dopóki nie było to wiedzą publiczną mogli przynajmniej liczyć, że ich dyplom spotka się z jakimś uznanem? Przez państwo, które pozbawiło ich możliwość darmowego studiowania na dobrym poziomie nie rozwijając publicznego systemu szkolnictwa wyższego adekwatnie do potrzeb edukacyjnych społeczeństwa? Czy w końcu przez sam porządek społeczny, który dążąc do własnej reprodukcji już zawczasu przeznaczył dla nich właściwe miejsce, kpiąc sobie okrutnie z nadziei na idący wraz z tytułem akademickim awans społeczny? Ujawnienie AHE na pewno zrodzi wiele frustracji, gniewu i rozpaczy, które nie będą potrafiły znaleźć swojego ujścia.

Tomasz M. Skoczylas

Sierpień 3, 2009

Lektura na sierpien

Filed under: Materiały i teksty — Talib feminista @ 11:27 pm

Nie każemy się zgadzać. Sami nie ze wszystkim się zgadzamy, ale warto przeczytać jak ktoś nie zna.

IVANA ILLICHA SPOŁECZEŃSTWO BEZ SZKOŁY

Łukasz Weber

Siła systemu kryje się w jego wszechobecności, w tym, że nie potrafimy wyobrazić sobie życia bez jego obecności. Jesteśmy szkoleni by akceptować jego zasady i nakazy, po takim “praniu mózgu” trudno nam wyjść z jego objęć. Proces ten ma swój początek we współczesnej szkole. Dlatego właśnie wszyscy rewolucjoniści, wszyscy dążący do zniesienia status quo, dostrzegali i dostrzegają potrzebę zmiany systemu edukacyjnego. Diabeł jednak zazwyczaj tkwi w szczegółach. Wymienia się programy nauczania na bardziej słuszne i reformuje. Czasem umniejsza się role szkoły, tak by rozprawę z tą instytucją rozpocząć po… mitycznej rewolucji.

Anarchistów powinna interesować jednak rewolucja tu i teraz, dotykająca i obejmująca całość systemu. Dlatego właśnie chciałbym przybliżyć czytelnikom “Innego Świata” poglądy Ivana Illicha, który “świętej krowy” – jak sam określał szkołę – nie oszczędził w swej książce o wszystko mówiącym tytule – “Społeczeństwo bez szkoły”.

Biografia autora jest równie niezwykła jak poglądy które głosił. Illich urodził się w 1926 roku w Wiedniu, jego korzenie sięgają jednak Chorwacji. Studiował zrazu krystalografię, a następnie historię i filozofię; z tego zakresu doktoryzował się w Salzburgu. Następnie rozpoczął studia teologiczne we Włoszech, by w końcu przyjąć święcenia kapłańskie i wyjechać za ocean. W Nowym Jorku działa jakiś czas jako kapłan, po czym wyjeżdża do Portoryko gdzie kieruje Uniwersytetem Katolickim. Działalność kapłańska zbliża go do problemów biedoty, przez co szybko wchodzi w konflikt z hierarchią kościelną. Porzuca pracę na uniwersytecie i wyrusza w pieszą wędrówkę po krajach Ameryki Południowej. Z bliska widzi jak wroga i okrutna jest nowoczesna cywilizacja – zarówno wtedy gdy wyzyskuje biednych, jak i wtedy gdy oferuje im uniwersyteckie wykształcenie nieprzydatne w warunkach nędzy, powodujące wyobcowanie jednostek, które je osiągnęły. Illich postanawia nie poprzestać jedynie na obserwacji, chce zmienić los biedoty, zaczynając od obudzenia w nich samych chęci do zmian. Miejscowość Cuernavca w Meksyku staje się siedzibą, założonego przez niego Ośrodka Dokumentacyjno- Informacyjnego (Center for Intercultural Documentation – CIDOC), który szerzy znajomość języka hiszpańskiego i kultury Ameryki Łacińskiej. Ośrodek w rzeczywistości staje się swoistym uniwersytetem otwartym, w którym każdy może się uczyć i każdy może nauczać. W tej wolnościowej atmosferze kształtują się poglądy Illicha na współczesną cywilizację. Działalność edukacyjna przyciąga do niego innych krytyków szkolnictwa – anarchistę Paula Goodmana, wykładowcę uniwersyteckiego Everetta Reimera, czy brazylijskiego pedagoga i filozofa Paula Freira. Współpraca z nimi bardzo pomaga w rozwoju zarówno CIDOC jak i poglądów Ivana. Od początku lat 80-tych Illich dzieli swój czas pomiędzy Meksyk, USA i Niemcy, jest profesorem na uniwersytetach w Penn State i Bremie. Erich Fromm w przedmowie do jednej z jego książek określa go jako “radykalnego humanistę”, w niektórych opracowaniach nazywa się go wprost – anarchistą. Nic więc dziwnego, że ten radykalizm nie może się pogodzić z dehumanizacją współczesnego świata. Początek tego procesu Illich widzi w szkole, która zdejmuje z jednostki ciężar odpowiedzialności za własne życie i stosunki z innymi ludźmi.

Świat zinstytucjonalizowany

Starając się ułatwić zrozumienie swych radykalnych poglądów Illich dokonuje swoistego podziału instytucji na lewicę i prawicę, w tym przypadku nie ma on jednak odzwierciedlać ich charakteru ideologicznego. Po prawej stronie umiejscawia dominujący jego zdaniem typ instytucji “manipulacyjnych”. Zalicza do nich armię, policję, służby specjalne, a również wszelkie inne agencje społeczne specjalizujące się w manipulowaniu swoimi klientami – można więc uogólnić, że są to instytucje stosujące przymus. Na lewicy sytuują się instytucje nazwane “towarzyskimi”, ale chyba bardziej pasuje do nich określenie “dobrowolne” – tu możemy wymienić choćby transport publiczny, usługi telefoniczne itp.. “Na obu skrajach widma znajdujemy instytucje usługowe, ale na prawym usługą jest narzucona manipulacja i klient pada ofiarą reklamy, agresji, indoktrynacji, uwięzienia lub kuracji wstrząsowej. Na lewym usługą jest zwiększenie ludzkich możliwości w obrębie formalnie określonych ram, klientowi zaś pozostawia się wolność wyboru. Instytucje po prawej stronie dążą do tego, by stać się wysoce złożonymi i kosztownymi procesami produkcyjnymi, w których wiele pracy i środków finansowych przeznacza się na przekonanie konsumentów, że nie mogą żyć bez produktów albo zabiegów oferowanych przez instytucję. Instytucje po lewej stanowią rodzaj sieci ułatwiającej porozumienie i współpracę podjętą z inicjatywy użytkowników”. Jak zauważa autor “Społeczeństwa bez szkoły”, większość instytucji przesuwa się na prawo, starając się wciągać ludzi w nałóg korzystania z ich usług/produktów, pozbawiając jednocześnie lub ograniczając możliwość alternatywy.

W drodze do przełamania władzy instytucji

Zredukowanie znaczenia “instytucji rodziny” spowodował, że w procesie wychowawczym znacznie wzrosła rola szkoły. Jest ona zdecydowanie pierwszym narzędziem manipulacji wykorzystywanym przez system, w ocenie Illicha zniewala najbardziej gruntownie i systematycznie. Dlatego właśnie jest też pierwszą i największą przeszkodą w procesie wyzwolenia.

Nie można jednak walczyć nie znając wroga. Ustalony jest swoisty zespół cech charakteryzujących szkołę i w ten sposób wyłania się definicja: “(…) specyficzny dla pewnego wieku, związany z nauczycielem proces wymagający obecności w pełnym wymiarze godzin i wypełniania obowiązkowego programu”. Każda z wymienionych cech jest podawana analizie.

Grupowanie według wieku jest możliwe tylko dzięki przyjęciu pewnej koncepcji dziecka. Patrząc z perspektywy historycznej koncepcja ta ulegała zmianie. Przykładem może być chociażby niedostrzeganie przez bardzo długi czas w malarstwie, cielesnych proporcji dziecka, udział dzieci nawet przy ciężki pracach fizycznych i ich odpowiedzialność karna. Współczesna nam koncepcja dzieciństwa narodziła się i zaczęła rozwijać dopiero w XIX wieku. Jednak nawet dziś gdy przemysł nastawiony na dostarczanie dzieciom zabawek, ubrań i rozrywek kwitnie, zachowały się różnice w podejściu do koncepcji dziecka. Illich zauważa, że tylko dzięki wyraźnemu wykrystalizowaniu się okresu dzieciństwa, dojrzewania i młodości możliwy stał się rozkwit systemu edukacyjnego. “Mądrość instytucjonalna głosi, że dzieciom potrzebna jest szkoła. Głosi ona, że dzieci uczą się w szkole. Ale sama ta mądrość jest wytworem szkół, bo trzeźwy zdrowy rozsądek mówi nam, że tylko dzieci można uczyć w szkole. Tylko poprzez wydzielenie spośród ludzi kategorii dzieci zdołaliśmy podporządkować je autorytetowi nauczyciela”.

Funkcją nauczycieli jest wpajanie instytucjonalnych prawd, a w znacznie mniejszym stopniu przekazywanie wiedzy. Wiedza bowiem zdobywana jest poprzez doświadczanie życia, tymczasem nauczyciele, skutecznie to uniemożliwiają. Porażkę funkcji nauczyciela jako osoby przekazującej wiedzę Illich kwituje: “Nauczycielom nie powiodły się próby szerzenia nauki wśród biednych. Biedni rodzice, którzy chcą, żeby ich dzieci chodziły do szkoły, są mniej zainteresowani tym, czego się uczą, niż świadectwami i pieniędzmi, jakie będą zarabiać. Średnio zamożni rodzice zaś oddają swoje dzieci pod opiekę nauczycieli, żeby zapobiec nauczeniu się przez nie tego, czego biedne uczą się na ulicach. Badania nad oświatą w coraz silniejszym stopniu dowodzą, że dzieci dowiadują się większości tego, czego rzekomo uczą nauczyciele, w grupach rówieśników, z komiksów, z przypadkowej obserwacji, a zwłaszcza przez udział w szkolnym obrządku.(…)”. Z wiekiem zaczynamy bardzo romantycznie patrzeć na naszą szkolną edukacje, przez co przypisujemy jej zbyt duże znaczenie.

Ostatecznym wiążącym spoiwem szkoły jest jej przymus obecności i opanowania jej programu nauczania. Nauczyciel zaczyna przypisywać sobie funkcje dotychczas zarezerwowane dla rodziców – opieki, moralizowania i leczenia ze złych nawyków. Konieczność przebywania w “uświęconym” miejscu nauki i podawania się jego zasadom tworzy nieznośną atmosferę z której każdy przy zdrowych zmysłach pragnie się wyrwać.

Cechy charakterystyczne szkoły nie mówią nam wszystkiego o jej oddziaływaniu. Pokazują one nam tylko część jej skostniałych fundamentów. Monopol na przekazywanie wiedzy może funkcjonować również dzięki utrwalaniu mitów, będących ukrytym programem szkolenia.

Demitologizacja

Illich podkreśla, że już sporym sukcesem w dziedzinie demitologizacji wykazali się studenci kwestionujący zastany porządek na uniwersytetach. Pokolenie 68’ nie mogło jednak odnieść zwycięstwa, ponieważ samo jest w nich nadal zakorzenione. “ Każda próba zreformowania uniwersytetu, jeśli nie zmieni się systemu, którego integralną część on stanowi, przypomina próbę odnowienia Nowego Jorku poczynając od dwudziestego piętra w górę.” Wyraźnie widać to gdy nawet rewolucjoniści pokładają nadzieje w wyzwoleńczej roli instytucji. Wynika to z faktu zawierzenia w mity produkowane przez szkołę:

Mit zinstytucjonalizowanych wartości

Oznacza on wiarę w to iż system produkcji musi wytwarzać coś posiadającego wartość i dlatego produkcja rodzi popyt. Tylko instytucja może prowadzić skuteczną działalność i dlatego należy oddać się pod jej opiekę. Rezygnuje się w ten sposób z odpowiedzialności za własne życie i przerzuca się je na instytucje. Szkoła uzyskuje w ten sposób przekonanie, że wykształcenie jest wynikiem, przymusowej obecności i programu; wzrasta proporcjonalnie do włożonej pracy; daje się udokumentować oraz wymierzyć za pomocą stopni i świadectw.

Mit mierzenia wartości

Wprowadzenie tego mitu, daje uczniom wrażenie, że wszystko można poddać odpowiedniej ocenie. “Ludzie którzy przywykli do tego, że ocenia się ich własny wzrost osobowy według jednostek miary określonych przez innych, niebawem sami do siebie przykładają tę samą miarę. Nie trzeba już ich pod przyrządem pomiarowym specjalnie ustawiać, sami znajdują wyznaczone im otwory, wciskają się we wnękę, której nauczono ich szukać, i lokują również swych kolegów na ich miejscach, dopóki wszyscy i wszystko nie zacznie pasować”. Konsekwencją jest marginalizowanie wszystkiego co niewymierne – wyobraźnie, miłości czy też przyjaźni – przy jednoczesnym tworzeniu różnego rodzaju skal, posuwając się przy tym do granic absurdu. “Jest skala rozwoju narodów, inna skala oceny inteligencji niemowląt, a nawet wedle wskaźnika liczby poległych mierzy się zbliżanie pokoju. Wskaźnikami jest wybrukowana droga do szczęścia w “uszkolnionym” świecie.(…)”

Mit paczkowanych wartości

Programy nauczania stanowią produkt systemu edukacyjnego, mają różne formy dzięki czemu łatwiej je skutecznie wdrażać. “Wynik procesu produkcji programów przypomina każdy inny współczesny artykuł handlowy. Pod pięknym opakowaniem kryje się pewien asortyment wyważonych określeń i wyborów wyjałowionych wartości, towar, którego atrakcyjność jest starannie skalkulowana i który ma szanse znalezienia dostatecznej liczby nabywców, aby mogło to usprawiedliwiać jego cenę. Uczy się konsumentów, czyli uczniów, żeby pragnęli tylko tego, co znajduje się na rynku. Muszą się zatem poczuwać do winy, jeśli nie postępują zgodnie z przewidywaniami badań nad konsumpcją i nie uzyskują stopni i świadectw, dzięki którym przypadłaby im kategoria zatrudnienia, jakiej kazano im oczekiwać.” Programy nauczania budzą opór, bo mało kto spokojnie akceptuje sytuacje gdy garstka rzekomych specjalistów decyduje o tym czego i kiedy będziemy się uczyć.

Mit wiecznego postępu

Jednak szkoła nadaje znaczenie swym kolejnym stopniom “wtajemniczenia”, samo podążanie po nich ma nadawać wykształcenie które oznacza postęp. “Wszystkie programy szkolne zmierzają do pobudzenia głodu wiedzy, ale nawet jeśli ten głód prowadzi do pochłaniania każdej podawanej strawy, nigdy nie pozwala zaznać radości spróbowania czegoś dla własnej satysfakcji. Każdy przedmiot przychodzi zapakowany wraz z instrukcją, by dalej spożywać jedną “ofertę” po drugiej, a dla aktualnego konsumenta zeszłoroczne opakowanie jest zawsze przestarzałe.(…)”. Nawet jeżeli szkolna edukacja nie przynosi spodziewanych i wymiernych efektów, uczniowie są skłonni widzieć ją w “różowych barwach” gdyż zwiększa ich własną samoocenę i popycha do dalszego konsumowania. “Ale wzrost pojęty jako nie kończąca się konsumpcja – wieczny postęp – nie może prowadzić do dojrzałości. Zaangażowanie w nieograniczony wzrost ilościowy wypacza możliwość organicznego rozwoju”.

Szkoła stała się więc w ocenie Illicha rodzajem “świeckiego kościoła”. Kościół ten dba o to by niemożliwym stało się podważanie jego roli społecznej, nawet jeśli jest narzędziem zupełnie nieskutecznym w procesie zdobywania wiedzy. Autor nasuwa nam porównanie do przemysłu samochodowego. Produkcja samochodów stale wzrasta, zachęca się konsumenta do kupowania coraz nowszych modeli. Przyrost jest tak duży, że powoduje zakorkowanie się ruchu, by go rozładować buduje się sieć autostrad. Powstanie autostrad nie powoduje jednak zmniejszenie ilości samochodów, a wręcz przeciwnie zwiększa popyt na nie. Autostrady nie ułatwiają przemieszczenia się ponieważ ruch na nich również ulega zakorkowania, oczywiście w wyniku stałego wzrostu liczby samochodów. Współczesny system edukacyjny działa analogicznie, przymusza i szkoli nas w konsumpcji jego nowych produktów tak, że zapominamy o cenie jaką w związku z tym ponosimy.

Zarówno bogate jak i biedne kraje przyjmując reguły działania tego systemu, nigdy nie będą w stanie nawet zrównać się z wyznaczonymi przez niego celami. Szkoła jak i inne instytucje stale bowiem produkuje nowe i rozbudza już istniejące potrzeby. Wynikiem takiego funkcjonowania jest powstawanie rzeszy “wydziedziczonych”, którzy nie mogą ich osiągnąć. Alienacja pogłębia się i człowiek wyuczony w “uszkolnionym społeczeństwie” przestaje odczuwać potrzeby niezależności – staje się ofiarą kolejnych instytucji. “Wszyscy jesteśmy więźniami systemu szkolnego, zarówno od strony produkcji, jak i od strony konsumpcji. Zaślepia nas przesadna wiara, że wiedza ma wartość jedynie, jeśli jest nam narzucona, a my z kolei możemy narzucać ją innym. Próba uwolnienia się od koncepcji szkoły napotyka podobny opór, jaki napotykamy w nas samych, kiedy próbujemy wyrzec się nieograniczonej konsumpcji i poniechać poglądu, że można kierować innymi dla ich dobra. Nikt nie jest całkowicie zabezpieczony przede wszystkim ze strony innych w procesie szkolenia”.

Tak więc “odszkolnienie” musi być podstawą ruchu zmierzającego do wyzwolenia człowieka.

Alternatywa wobec instytucji przymusu

Ivan Illich nie proponuje nam bynajmniej zupełnego braku instytucji wychowawczo-edukacyjnych, zauważa po prostu, że aby były skuteczne nie mogą sytuować się po prawej stronie widma o którym wcześniej była mowa. Proponuje więc utworzenie elastycznej sieci nauczania dającej możliwość nauczania i uczenia się wszystkim którzy będą odczuwali taką potrzebę. System taki musi opierać się na dobrowolności i przeciwdziałać monopolizacji na przekazywanie wiedzy. Stawiając na różnorodność uzyskamy możliwość dostosowania się “nowej szkoły” do warunków w których ma funkcjonować, zamiast starać się przetwarzać ludzi by pasowali do warunków narzucanych przez szkołę. Illich określa kolejno cztery instytucje oświatowe mogące pomóc w budowaniu “społeczeństwa bez szkoły”.

*“Placówka ułatwiająca dostęp do “przedmiotów oświatowych” – przyrządów, instrumentów, aparatów używanych do celów formalnego kształcenia. Niektóre z tych rzeczy można specjalnie przechowywać, gromadzić w bibliotekach, wypożyczalniach, laboratoriach i salonach wystawowych, jak muzea i teatry; inne mogą być w codziennym użyciu w fabrykach, portach lotniczych albo na farmach, ale winny być udostępnione uczniom jako terminatorom lub pokazywane po godzinach pracy.

*Placówka wymiany umiejętności – gdzie ludzie mogą zgłaszać swoje umiejętności, określać warunki, na jakich gotowi są służyć innym osobom pragnącym posiąść te same umiejętności, i podawać adresy, pod którymi można ich zastać.

*Placówka doboru partnerów – winna stanowić sieć porozumienia, dzięki której ludzie zainteresowani jakąś dziedziną będą mogli znaleźć towarzyszy badań.

*Placówka informująca o wszelkiego rodzaju oświatowcach – wyliczonych w katalogu podającym adres i informacje o fachowcach, amatorach zrzeszonych lub niezrzeszonych w organizacji, oraz warunki korzystania z ich usług. Takich oświatowców, jak zobaczymy, można by wybierać w drodze głosowania albo po zasięgnięciu opinii ich poprzednich klientów”.

Illich bardziej szczegółowo opisuje każdą z wymienionych placówek, stara się pokazać ich plusy, zarazem pokazując jak można uniknąć błędów i nadużyć, choć w tym przypadku uważa, że korzyści płynąc z ich powstania szybko zredukują jakiekolwiek niedogodności. System który buduje ma dać szanse na ożywienie potencjału każdej jednostki tak, aby w niepamięć poszła władza wszelkiej maści specjalistów-technokratów. Domaga się oddania przestrzeni zagarniętej przez instytucje na powrót ma stać się publiczna. Miasta mają służyć rozwojowi wszystkich, a nie tylko być enklawą dla samochodów i centrów handlowych. Jego program mający początek w ataku na system edukacyjny, stopniowo ma rozbrajać i przebudowywać całą współczesną cywilizacje przemysłową.

“Społeczeństwo bez szkoły” po raz pierwszy zostało wydane w 1970 roku, można więc powiedzieć, że od tej pory wiele się zmieniło… niestety na gorsze. Autor sam to przewidywał pisząc: “Wielonarodowe korporacje, które opanowały gospodarkę, znajdują teraz dopełnienie w ponadnarodowo zaplanowanych agencjach usługowych, a któregoś dnia mogą zostać przez nie zastąpione. Te przedsiębiorstwa oferują swoje usługi w taki sposób, że każdy czuje się zobowiązany z nich korzystać. Są na całym świecie znormalizowane, co jakiś czas określają na nowo wartość oferowanych przez siebie usług, wszędzie w takim samym mniej więcej rytmie.” Futurystyczna wizja zamienia się w rzeczywistość należy więc poważnie wziąć pod uwagę propozycje “odszkolnienia” społeczeństwa, jeśli nie chcemy być skazani na totalną władzę instytucji.

Łukasz Weber

Czerwiec 24, 2009

Nowe ciekawe teksty

Filed under: Materiały i teksty — Talib feminista @ 12:09 am

Polecam Waszej uwadze oświadczenie Związku Syndykalistów Polski o zakończonych już strajkach studenckich, a także tekst naszego kolegi z gdańskiego OKUPE o projektach Barbary Kudryckiej.

Czerwiec 21, 2009

Studia nie są dla elit

Filed under: Materiały i teksty — Talib feminista @ 11:02 am

Bardzo cieszę się, że profesor politologii zatrudniony na Uniwersytecie Wrocławskim i w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej podjął temat patologii systemu edukacji wyższej. Każdy głos w tej sprawie jest na wagę złota, o ile nie jest obroną zdegenerowanego stanu bieżącego. Problem polega na tym, że w rozumowaniu profesora znajdują się błędy, których według mnie nie można przemilczeć.
Mniej więcej 4/5 tekstu autora wydrukowanego we wrocławskim dodatku GW z dnia 20/21.06.2000 pod tytułem „Licencjat dla wszystkich, magisterka dla elit” to utyskiwania nad obciążeniem pracowników naukowych dydaktyką, która uniemożliwia im uprawianie nauki, a nawet rzetelną dydaktykę. Ocena tam przedstawiona jest w sposób bezdyskusyjny prawdziwa (z jednym zastrzeżeniem, sytuacja jest równie zła na kierunkach ścisłych polska nauka jako całość szoruje brzuchem po dnie, gdzie są publikacje naszych ścisłowców w najbardziej prestiżowych pismach? Gdzie miejsca w oceniającym głównie poziom nauk ścisłych Rankingu Szanghajskim?) Natomiast rozwiązania proponowane w ostatniej 1/5 tekstu stoją w jawnej sprzeczności z logiką wcześniejszego wywodu.
Jeśli jak pisze Bachmann problemem jest nastawienie całego systemu na masową produkcję dyplomów, która uniemożliwia rzetelne uprawianie dydaktyki i badania, czemu zaraz pisze o „przeroście zatrudnienia na uczelni?” Dlaczego wyjściem z sytuacji miałoby być dalsze umasowienie licencjatu, a elitaryzacja magisterium, skoro to właśnie zakłóciłoby reprodukcję kadry naukowej, spowodowałoby że nabór na studia doktorskie byłby jeszcze mniejszy niż dziś, a i tak jest mały i wcale nie przyciąga najzdolniejszych. Dlaczego wreszcie sugeruje stworzenie kasty naukowców odciętych od dydaktyki, a dydaktykę chce powierzyć osobom nie prowadzącym badań? Moje doświadczenia jako studenta wskazują, że największą wartością dydaktyka jest jego znajomość przedmiotu własnych badań oraz kontakty ze światem naukowym, w tym zagranicznym. Jeśli skaże się wielu doktorów na całkowite oddanie dorocznemu powtarzaniu z pamięci tego samego materiału obniży to jeszcze poziom, zbliżając go do licealnego. Nauczyciel akademicki tym różni się od szkolnego, że przedmiot o którym mówi zna z bieżącej debaty akademickiej i z badań, a nie z opracowań kanonicznych. Koncentracja na dydaktyce uniemożliwia mu dydaktykę na poziomie uniwersyteckim, co wie zapewne i Bachmann. Nie powinno być naszym celem stworzenie kilku ośrodków, które rzutem na taśmę wpadną w międzynarodowe rankingi dzięki paru publikacjom rocznie, tylko radykalne podniesienie poziomu całego sektora uniwersyteckiego.
Sposób na to zawiera się w pierwszej części omawianego tekstu. To po prostu zlikwidowanie stanu, w którym pracownicy naukowo-dydaktyczni stają się maszynami mielącymi setki nierozróżnialnych studentów, bez czasu na badania. Ten problem nie istniał w latach osiemdziesiątych. Dlaczego? Bo liczba pracowników była adekwatna do liczby studentów. Jak słusznie wskazał autor tekstu zmniejszanie naboru nie jest w niczyim interesie. Może zatem zwiększyć zatrudnienie na uczelniach? To jedyna droga do podniesienia poziomu nauczania i stworzenia szansy na rozwój nauki. A to oczywiście wiążę się z koniecznością radykalnego zwiększenia nakładów na uczelnie.
Czy temu również uniwersyteckie lobby jest przeciwne? Skoro to tak silna grupa nacisku dlaczego nie wywalczy „chociaż” trzykrotnego zwiększenia nakładów na naukę co i tak sytuowałoby nas w europejskim ogonie? Jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze. Powiedziałbym, że tezy reformistyczne profesora Bachmanna są fałszywą świadomością środowiska akademickiego. To środowisko potrzebuje radykalnego zwiększenia zasobów ludzkich i finansowych. Wszelkie inne programy reform są według mnie próbą zachowania źle pojętych przywilejów. Potrzebujemy nie tylko umasowienia licencjatów i magisteriów, ale także doktoratów, habilitacji i profesur. Czy się to komuś podoba czy nie. Bez tego nie uratujemy „biednych pracodawców”, którzy zamiast absolwentów otrzymują półprodukt absolwenta. Jeśli społeczeństwo ma być oparte na wiedzy musimy mieć silny aparat tej wiedzy wytwarzania i transmisji.

Jako, że odpowiadam na tekst podpisany nazwiskiem

Witold Kieńć

odzyskajedukacje.wordpress.com

Czerwiec 13, 2009

Kolejny pomysł Barbary Kudryckiej

Filed under: Materiały i teksty — Talib feminista @ 11:37 am

Spelnia sie najczarniejszy z mozliwych scenariuszy rozwoju dla szkolnictwa wyzszego. Tym najczarniejszym scenariuszem jest oczywiscie Barbara Kudrycka, ale mowiac szerzej to jest to scenariusz, ktory obecny rzad ustami wielu ministrow forsuje w wielu dziedzinach.

Jest to systematyczne wprowadzanie oplat, tak bysmy powoli do nich sie przywyaczjali. Podlosc calej sytuacji poteguje to, ze Kudrycka wyczula nastroje czesci kadry uniwersyteckiej i utrzymuje, ze wprowadza oplaty po to, zeby biednym bylo lepiej. Co wiecej mowi wrecz, ze wprowadzenie oplat za drugi kierunek studiow rozszerzy (sic!) dostep do bezplatnej edukacji.

Ale oplaty maja zostac wprowadzone nie tylko za jednoczesne studiowanie dwoch kierunkow, ale tez za studiowanie drugiego kierunku po przerwaniu poprzedniego. Poniewaz szkolnictwo wyzsze jest zfragmentaryzowane ozancza to po prostu, ze student chemii bedzie musial placic za doksztalcenie sie z Lacana, nikt przeciez nie zorganizuje na chemii seminarium o francuskich psychoanalitykach. Raz wybrawszy bezsensownie wydzielony kierunek, nie bedzie mozna ZA DARMO rozwijac sie ogolnie. To jest wyjatkowo brutalne utowarowienie wiedzy i jesli Kudrycka liczy, ze sie nie zorientujemy to jest w duzym bledzie.

Czy Barbara Kudrycka wie jakie sa w Polsce naklady na nauke? Zachowuje sie jakby nie wiedziala. Zachowuje sie tak jakbysmy mieli najwyzsze naklady na nauke na swiecie, a pieniedzy wciazby brakowalo. Tymczasem prosze panstwa Turcja i Uzbekistan to nasze sasiedztwo z rankingow finansowania nauki i szkolnictwa wyższego. Nic dziwnego, że bezlpatne studia sa przywilejem elity. W Polsce rząd obniża podatki bogatym, utrzymuje wysokie nakłady na zbrojenia, prywatyzuje po cichu służbę zdrowia, przymieża się do prywatyzacji szkolnictwa na poziomie niższym oraz każe płacić studentom za wiedzę. Pytanie tylko, w którym momencie ludziom zacznie przeszkadzać to aspołeczna poltyka.

Kwiecień 26, 2009

Dyskusja w Gdańsku – relacja

Filed under: Materiały i teksty — Talib feminista @ 11:14 pm

Na stronie projektu OKUPE pojawiło się sprawozdanie z dyskusji nad dwoma podejrzanymi dokumentami, które wydało Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w związku z planowaną reformą. Dokument 1. Dokument 2. Zachęcam do zapoznania się zarówno z dokumentami jak i z dyskusją. Mamy nadzieję, że sprzeciw wobec szkodliwych planów ministerstwa, zwłaszcza dalszego zarzucania odpowiedzialności za edukację (np. pod płaszczykiem wprowadzania „uniwersytetów flagowych”) będzie angażował coraz szersze kręgi.

Kwiecień 20, 2009

Teksty o problemach ze szkolnictwem wyższym vol.1

Filed under: Materiały i teksty — Talib feminista @ 2:20 pm

Zachęcamy do lektury:

Seminarium Foucaulta

Adam Chmielewski tekst1

Adam Chmielewski tekst2

Blog na WordPress.com.